ScrollToTop

Gorszego deseru w życiu nie jadłam!

Restaurację Warszawski Sznyt na Starówce chciałam odwiedzić od dłuższego czasu. Czekałam z niecierpliwością na wizytę w Stolicy. W dniach 21-23 wrzesień odbywały się targi FIFE FITNESS TRADE SHOW, na które wybraliśmy się robiąc sobie tym samym krótki urlop.

Lokal odwiedziliśmy w sobotni wieczór. Składa się z on z dwóch pięter. Na dole jest steak house, a na górze elegancka restauracja z polską kuchnią i pięknym widokiem na Stare Miasto. Mieliśmy to szczęście siedzieć przy stoliku przy oknie. Naprawdę było zjawiskowo szczególnie, gdy na dworze zrobiło się całkiem ciemno…

Pierwsze wrażenie? Bardzo dobre. Miła, uśmiechnięta obsługa, wspaniały klimat i nastrojowa muzyka.

Zobacz wpis: 
Restauracja Ale Gloria Magdy Gessler w Warszawie
Ćma Mateusza Gesslera
Warszawski sen Mateusza Gesslera

Warszawski sznyt – czym zachwycił, a czym rozczarował?

Z menu Warszawskiego Sznytu wybraliśmy dwie przystawki ciepłe: krem z pasternaku (24 zł) i pierogi z cielęciną (33 zł). Z dań głównych: policzki wołowe (72 zł) i jagnięcinę z Mazowsza (89 zł). Na deser: szyszkę miodowo-imbirową (26 zł) i wu-zet-kę (19 zł).

Zaczniemy od kremu z pasternaku. Zamówiłam tę zupę z tego względu, że miałam okazję spróbować u koleżanki pysznego kremu, właśnie na bazie pasternaku, mleczka kokosowego i prawdopodobnie kukurydzy, albo dyni oraz pomarańczy. Smakował rewelacyjnie, więc pomyślałam, że tutaj również będzie wyśmienity. Krem przyjemny z dodatkiem kasztanów oraz wytrawnej konfitury z gruszek i borówek. Świeże owoce również sobie frywolnie pływały, które słodyczą przełamywały orzechowy smak pasternaku. Smaczny, ale koleżanki wersja bardziej udana.

O wiele lepiej wypadły pierogi z cielęciną. Przyzwoita porcja jak na przystawkę – pięć średniej wielkości pierożków z dużą ilością farszu. Nadzienie soczyste, odpowiednio doprawione. Niespotykane ciasto – cienkie, gumowate i al dente do tego słodki, gęsty sos jus z redukcji z buraka. Przybrane z kiełków groszku i szczawiku trójkątnego.

Danie z policzkami wołowymi – do zjedzenia, ale policzki wcale nie rozpływały się w ustach. Mięso przypominało zbitą galaretę. Najlepsze policzki w Polsce do tej pory jadłam w Kielcach w Żółtym Słoniu. Mięso rozchodzi się jednym ruchem widelca i tak powinny być przygotowane. Zdecydowanie potrzebują więcej czasu, aby w pełni doszły. Dodatkiem węglowodanowym były kopytka z biały serem, a bardziej nazwałabym je kluskami leniwymi. Jestem największym fanem wszystkich kluseczek, więc bardzo mi smakowały.

Jagnięcina podobno najlepsza z Mazowsza i tak też nazwana, ale raczej nie w wykonaniu restauracji Warszawski Sznyt. Przesuszony kawał mięsa z wody z dodatkami, Jednym z nich było wybitne, idealnie aksamitne puree z groszku z miętą praktycznie w ogóle niewyczuwalną (i dobrze). Co do reszty – dramat. Gruszka – przypalona, twarda i bez smaku. Fasolka z blanszowana, także surowa.

Ale powiem Wam, że jagnięcina to nic. Szyszki miodowo-imbirowej na deser nic nie przebije i ja jej na pewno nie zapomnę do końca życia.

Deser w Warszawski Sznyt – jeden koszmarny, a jeden cudowny

Zacznę od koszmaru, aby zakończyć pozytywnie. I to nie są żarty. Warszawski Sznyt będzie kojarzył mi się z najgorszym deserem jaki w życiu jadłam no chyba, że kiedyś zjem coś jeszcze bardziej paskudnego. Namówiłam na tą „słodycz” Męża. Mówiłam, że widziałam go na zdjęciach, wygląda wspaniale – będzie pyszny i będzie o czym pisać. I jest tylko niestety w negatywnym kontekście.

Szyszka z czekolady, a w środku białe nadzienie z topinamburu i karmelu z coulis śliwkowym aromatyzowanym sosną. Początkowo myślałam, że deser jest zepsuty, a spróbowałam tylko pierwszej warstwy. Mąż był odważny i spróbował wszystkiego. Podobno białe nadzienie to nic 😉 Połączenie karmelu z olejem – koszmar! Szyszka okazała się deserem wytrawnym, co nie było zaznaczone w karcie, a wręcz nazwa „szyszka miodowo-imbirowa” sugeruje, że jest słodka. Zwróciliśmy go, ponieważ jest niejadalny. Co więcej Pani kelnerka powiedziała, że niektórym gościom smakuje… No właśnie – niektórym. Kucharz robi eksperymenty Twoim kosztem, wiedząc, że większości nie odpowiadają takie połączenia. Obowiązkowo w karcie powinno być napisane, że jest to deser wytrawny! I totalny minus za doliczenie go do rachunku.

A Mąż zamówił ponownie deser ten sam, który ja wybrałam wraz z jego „deserem” czyli wu-zet-kę. Miłe zaskoczenie widząc taką pozycję w karcie. Wuzetka spotykana w kawiarniach, a nie w restauracjach. Osobiście do tej pory w żadnej restauracji nie natknęłam się na takie ciacho. Wuzetka była pyszna, wilgotna z polewą czekoladową. Śmietana robiona na miejscu, nie za słodka, a między nimi konfitura. Naprawdę cudo! Mały minus za to, że przechowywana jest z innymi produktami i ciasto pochłonęło zapach lodówki.

Ja do Warszawskiego Sznytu raczej nigdy nie wrócę. Drogie, przeciętne dania. A wspomniany wyżej deser zrobił na mojej psychice uraz. Nigdy tak mocnych słów nie użyłam w recenzjach mimo, że znana jestem ze szczerych do bólu opinii. Może bym wróciła chociażby spróbować steka na parterze, ale doliczenie tak koszmarnego deseru widząc, że byliśmy po prostu załamani jest równie niespotykanym zachowaniem jak wuzetka w restauracji 🙂

Podobne posty

Grupa migrena facebook
Grupa dieta facebook

Najchętniej czytane

OBSERWUJ MNIE NA
Sorry:

- Instagram feed not found.

Napisz do mnie na kontakt@cocorose.pl

Znajdź mnie na